Rudy Duch – chytry lis. Opowiadanie dzikiego człowieka.

Jesteśmy tacy trochę dzicy. Poznaliśmy się podczas majowego święta zwanego Maikiem na starym, słowiańskim grodzisku o ciekawej historii. Maik, to święto jeszcze żywe na śląsku, kultywowane też w innych krajach na wschodzie Europy. Święto radosne, święto kwiatów, gajów i istnienia. Maik-gaik, na słowiańskiej górze w brzozowym gaju…

W sumie widywaliśmy się już wcześniej ale żadne z nas nie zwróciło na siebie uwagi. Jeśli niesiony wyobraźnią pomyślałeś czytelniku, że być może miała tu miejsce jakaś romantyczna przygoda w Wielką Lechią w tle muszę Cię rozczarować. Byliśmy tacy trochę dzicy… jak to dzicy czy nawet wilcy najpierw trzeba się trochę obwąchać. Lecz nie o tym teraz rzecz. A o lisach – rudych spryciulach – złodziejach i duchach.

Dzikość w sercu – dzikość okolicznych rzek

Byliśmy kiedyś na wyspie – ot, taka łacha nad Wisłą, co to jak woda opadnie wynurza się z głębi tworząc przepiękne krajobrazy, doskonałe miejsca do gniazdowania ptactwa. Malownicze wydmy pokryte wierzbą i soczystą trawą. Na wysuszonych plażach pomiędzy kamieniami spotkasz skarby wymyte z dna, które pamiętać mogą niejedno z historii naszego kraju. Ceramika, naboje, butelki i buteleczki.
Przybyliśmy na wyspę biwakować. Michał miał łowić ryby, ja chciałam odpocząć od zgiełku, wi-fi i generalnie życia. Tego roku woda opadła na tyle, że można było postawić suchą stopę dość daleko od brzegu. Wisła skurczyła się do rozmiarów wąskiej smużki, kajakarze mieli używanie ćwicząc przed zawodami w wartkim nurcie. Taki stan wody miał swoje plusy i minusy rzecz jasna, dla t-raperów znad Wisły (czyli nas, nie mylić z szalonym, satyrycznym zespołem) tylko atuty – natchnieni opowiadaniami Tomka Sawyer’a rozgościliśmy się na ciepłym piasku rozpływając się w klimacie otoczenia.
Wyspa nasza ma to do siebie, że żyje na niej dużo dzikich zwierząt. Mnogość śladów kopyt zdradza obecność saren, dzików, a nawet jeleni. Widzieliśmy raz nawet czarnego bociana, który gniazdował po drugiej stronie rzeki. Orła, białe czaple, stałymi gośćmi są kormorany i ptaki wodne – mewy śmieszki oraz rybitwy. Od czerwca wysoko nad głowami spotkasz w tym miejscu stada jerzyków. Pikują wysoko popiskując radośnie – mistrzowie podniebnych przestworzy.

Do rzeczy – palimy ogień

Michał nazbierał drzewa, nic trudnego bo Wisła wyrzuca mnóstwo konarów i gałęzi. Uszykował patyki na mięso – zawsze bierzemy na biwak zabejcowane wcześniej mięso i pieczemy na ogniu – ja z kolei przygotowałam palenisko oraz miejsce do siedzenia na noc – bo na wyspie mieliśmy zostać całą noc.

Zaczęło zmierzchać. Słońce chyliło się ku zachodowi oddalając coraz bardziej za horyzont. Wieczór ten był wyjątkowo magiczny, czarujący i urzekający demonstracją artystyczną Matki Natury – na niebie. Wybuch soczystych barw czerwieni, pomarańczu i żółci na turkusowym tle nieboskłonu stworzył teatralne widowisko godne oczu tylko wybrańców. Najpiękniejsze zachody słońca jakie widziałam, a dorównać im mogą jedynie te z widokówek, znad Bałtyku. Po prostu zapierające dech w piersiach.

Rozmowy nieskrępowane

Rozmawialiśmy sobie o rzeczach luźnych, kompletnie mało istotnych. Dzicy mają to do siebie, że w jakiś sposób jeden uzupełnia drugiego. Intuicyjnie każde z nas wie co robić w danym momencie, kiedy organizujemy nasze siedlisko na noc w terenie. A noc zapowiadała się ciepła. Od południa powiewał delikatny wietrzyk niosący ze sobą zapachy glonów, wschodzącej zieleni i miasta. Wyspa jest miejscem idealnym nie tylko, by rozpływać się w dzikości natury w centrum wielkiego miasta ale jest też atrakcyjna pod względem możliwości doznań zmysłowych i tych spoza. Myślę, że jest świetną opcją do medytacji oraz zrobienia sobie małej przerwy, by nabrać dystansu. Pachnący, rozgrzany piasek pełen muszelek jest tak czysty, jak w jednej z najbardziej klimatycznych miejscówek nad morzem – Białogórze. Na prawdę trudno uwierzyć, że w sumie jesteś w mieście. Zakochałam się w tym miejscu jeszcze w 2009 roku, kiedy poszliśmy ze znajomymi na piwo gdzieś bez tłoku. Uff. Przedzieraliśmy się przez krzaczory pełne komarów i robali, bo prowodyr imprezy zapomniał gdzie jest wejście prowadzące przez las. Kluczyliśmy korytarzami wąskich ścieżek wydeptanych przez wędkarzy i zwierzaki, które leśnym korytarzem łęgów nadwiślańskich przemieszczają się na kolejne miejsca bytowania.

Czas na kolację

Ogień rozpaliliśmy niewielki. Taki tylko dla przyjemności. Kiedy żar oznajmił swoją obecnością że można już piec mięso, Michał wyciągnął z czeluści biwakowego plecaka poły szynki, by nadziać je na przygotowane wcześniej patyki. Trochę przesadził z bejcą. Cebula się rozsypała i w żaden sposób nie chciała wskoczyć na kije…. wtem! Pojawia się przed nami lis. Nie wiadomo skąd! Rudy Duch. Stoi. Piękne, lśniące futro. Jasny pysk i łapy. Puszysty ogon – lis jak z bajki, malowany. Stąpa przednimi łapkami jakby niecierpliwie. Chce podejść ale obawia się ognia, chyba i nas. Zapach świeżego mięsa i to wiosną wydaje się chyba być na tyle ekscytujący, że wygrywa z ostrożnością. Lis podchodzi do nas na odległość 5 metrów okazując już bardziej swoje zamiary. Rumun nie lis (przepraszam Romów). Sępi i nie chce odejść. Dobrze wiemy, że nie wolno karmić dzikich zwierząt i prawdopodobnie z braku odpowiedzialności innych ludzi, lisiątko jest na tyle bezczelne że podeszło i żebrze. Skoro już się stało, a to wiosna, pewnie młode ma to może złamiemy zasadę i podzielimy się mięchem? Głaskać nie będziemy, rzuć mu daleko – powiedział Michał – tak też uczyniłam. Zadowolony chytrus wszamał miącho w szybkim tempie nie kwapiąc się podziękowaniem… za to liczył chyba na kolejny kawałek bo stał jeszcze kilka chwil i patrzył – po czym odszedł w swoją stronę.
Rudy Duch zniknął nie wiadomo gdzie podobnie, jak nie wiadomo skąd przyszedł. Zaskoczona tym co się wydarzyło, a przede wszystkim bliskością tak pięknego zwierzęcia, możliwością konfrontacji z jego charakterem nie mogłam ochłonąć z emocji. Wieczór stał się jeszcze bardziej wyjątkowy. Wiatr ucichł, razem z nim warkot miasta i samochodów. Do uszu za to zaczęły dochodzić dźwięki śpiewających z wieczora kosów i pierwszych słowików. W takich chwilach nachodzą mnie myśli o kole życia, o tym jak bardzo połączeni jesteśmy z naturą. Rozważania na temat istnienia i szczęścia.

A to niespodzianka!

Rybitwy i mewy śmieszki przekrzykiwały się wzajemnie nawołując do gniazd… patrzę! Znowu on, Rudy Duch! Stanął na przeciwko mnie i znowu stąpa. Gibie się, chwieje. Jest już odważniejszy niż wcześniej, bo wie że nie zrobimy mu krzywdy. Idzie metr w jedną stronę, to w drugą. Nieporadna baletnica próbująca zabawić widownię. Pewnie już fiksuję od nadmiaru wrażeń – pomyślałam. Wszystko to działo się kilka metrów od naszych bagaży. Zabawę przerwał dobiegający ze strony plecaka szelest. A TO CWANIAKI! Okazało się bowiem, że Duch nie był sam. Jeden z rudzielców nas zabawiał, a drugi w tym czasie nurkował w plecaku w poszukiwaniu reszty mięcha. Michał podbiegł szybko do plecaka próbując wypłoszyć złodzieja – myślicie, że się wystraszył? Phi! Jeszcze się cofnął myśląc chyba, że jednak złapie jakiś kawałek. Spłoszony w końcu, po prostu się rozpłynął. To działo się krócej niż jedno, szybkie mrugnięcie powiek. Jak ktoś nie widział, nie uwierzy. Ale ja już wierzę. Widziałam na własne oczy, nie odrywałam od rudzielca oczu i on po prostu się rozpłynął niczym David Copperfield na scenie. Sztuczkę na pewno ułatwiły mu rozsypane dookoła wielkie otoczaki, które wynurzają się z wody razem z łachą. Szukaliśmy go dookoła nie wierząc w to, co właśnie się stało ale zniknął. Jego towarzysz, ten zabawowicz i tancerz prysnął jakby mniej śpiesznie. Z jakiegoś powodu mocno się nie krył jak kolega złodziej, powiedziałabym nawet, że było widać niezadowolenie w jego ruchach. Być może dlatego, że sabotaż się rypnął.
Takie to są właśnie Rude Duchy – listy – złodzieje i chytrusy! Znad Wisły.

2 Replies to “Rudy Duch – chytry lis. Opowiadanie dzikiego człowieka.”

    1. Dzięki 😉
      Mam nadzieję, zamieszczę tu więcej wpisów. Wiesz jak jest – o rzeczach osobistych pisze się trochę nieśmiało.

Dodaj komentarz

Top
%d bloggers like this: